Poznajmy się!
Czyli kilka słów o tym, kto stoi za Pracownią, dlaczego akurat naturalne barwniki, skąd pomysł na połączenie wzorów dziewiarskich z klimatem fantasy i o co chodzi z Czarnym Kotem?
Kim jestem?
Hej, miło Cię tu widzieć! Uprzedzam - może być długo ;)
Jeśli szukasz osoby odpowiedzialnej za całe to zamieszanie, dobrze trafiłeś - jestem Sara, pomysłodawczyni i właścicielka Pracowni Czarnego Kota. Czarnego kota też mam - ma na imię Proxima i często przewija się w relacjach na moim Instagramie :)
Prywatnie - miłośniczka książek, baśni, niepoprawna romantyczka, introwertyczka z dużymi (i równocześnie bardzo wyczerpującymi) umiejętnościami maskującymi, osoba wysoko wrażliwa i wcielenie chaosu w jednym. Mój ulubiony sposób spędzania czasu? W fotelu, z książką lub drutami (i ulubionym serialem w tle, Dawno, Dawno Temu odświeżam sobie średnio co roku), ewentualnie na łonie natury (najlepiej też z książką lub drutami). Koniecznie z ulubionym człowiekiem (mężem) obok, czasami ta liczba może się nieznacznie zwiększyć - o ile w większych grupach funkcjonuję całkiem dobrze, o tyle potem muszę to odchorowywać, więc najbardziej komfortowo czuję się wśród dosłownie kilku najbliższych osób.
Chociaż od zawsze mieszkam w mieście, moim największym marzeniem jest wyprowadzka do domku na wieś, w którym będę mogła zmieścić pracownię (i powiększającą się kolekcję książek) i uprawiać przynajmniej część roślin, które dzielą się ze mną (i tym samym z Wami) swoimi kolorami.
A jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej o tym, dlaczego projektuję akurat takie wzory, oraz jak zaczęła się moja przygoda z dzierganiem (tak, jestem uzależniona od drutów, ale przecież zawsze mogły być gorsze używki, niż włóczka i książki, prawda?) - zerknij niżej :)
Poznajcie Czarnego Kota
To przecież oczywiste, że skoro moja przestrzeń to Pracownia Czarnego Kota, to ów czarny kot też musi mieć jakieś miejsce w moim życiu.
Poznajcie więc naszą Proximę :)
Jej zielone oczy czujnie przyglądają się całemu procesowi barwienia i przygotowywania włóczek. Chętnie asystuje przy pakowaniu i przygotowywaniu Waszych zamówień do wysyłki, ganiając za sznurkami i kawałkami papieru. Kiedy projektuję, a już szczególnie, kiedy dziergam, układa się mi na kolanach i pilnuje, żeby wszystkie oczka były równe - a czasem pomaga też przy poprawieniu naprężenia nitki ;)
Jeśli znajdziecie w paczce kilka czarnych włosów, to znaczy, że zdecydowała się zostawić swój ślad i przypomnieć o swoim istnieniu - w końcu jest Czarnym Kotem w mojej (tak naprawdę swojej, ale wiecie, jak to jest, kot przejmuje każdą przestrzeń, w której przebywa, na własność) Pracowni :)

Skąd pomysł na (takie) wzory?
Jeśli zapytalibyście 5cioletnią mnie o to, kim chce zostać w przyszłości, odpowiedź mogła być tylko jedna - projektantką mody. Ale oczywiście nie taką zwykłą, tylko projektantką mody dla księżniczek (bajki i książki to była moja druga wielka miłość).
Życie co prawda potoczyło się w taki sposób, że musiałam odłożyć te marzenia na bok, ale po pewnym czasie okazało się, że mogę połączyć pasję do projektowania z nowo odkrytą pasją do dziergania. Żeby nie było nudno, w sprawę wplątała się jeszcze miłość do książek... i tak zaczęły powstawać wzory inspirowane klimatem moich ukochanych baśni.
To tak w skrócie. Jeśli ciekawi cię dłuższa wersja historii, to już wkrótce pojawi się tu odnośnik do artykułu na blogu, który opowie o tym coś więcej :)

Dlaczego akurat (naturalne) barwniki?
Pierwszy raz zobaczyłam farbowane włóczki jakieś sześć, może siedem lat temu i od razu się w nich zakochałam - minęło jednak sporo czasu, zanim miałam okazję wykorzystać jakieś w swoich projektach.
W międzyczasie sporo się zmieniło. Świat się zmienił... i mocno przewartościował moje spojrzenie na rzeczywistość. Zaczęłam lepiej dostrzegać to, co nas otacza i bardziej doceniać wszystko, co daje nam Natura. Kiedy więc pierwszy motek ręcznie farbowanej wełny trafił do moich rąk, to było raczej naturalne, że zaczęłam się zastanawiać, czy da się uzyskać podobne kolory bez udziału chemii? Przecież ludzie barwili ubrania od niepamiętnych czasów, nie zaczęli robić tego dopiero w XIX wieku, kiedy pojawiły się syntetyczne barwniki.
Ta myśl dojrzewała we mnie przez jakiś czas i przypomniała mi się w pewnym momencie. Nie mogłam powstrzymać ciekawości, więc spróbowałam... i wyszło. Kolory tak piękne, tak prawdziwe, tak... autentyczne, że aż nie mogłam w to uwierzyć.
Potem okazało się, że te kolory trafiają nie tylko do mnie, że jest spora grupa osób, która świadomie chce wybrać to, co jest bliższe Natury - i tak zaczęła się ta historia :)
To dosyć skrócona historia. Jej dłuższą wersję już wkrótce opublikuję na blogu i załączę tutaj, żeby łatwiej było ją znaleźć :)
A jeśli zainteresowało Cię to, co tu znalazłeś i chcesz przeczytać więcej tekstów o mnie, moich inspiracjach, konkretnych projektach, a czasem po prostu o tym, co gra mi w duszy - sprawdź, co nowego ostatnio pojawiło się na blogu.
Nowe wpisy będą pojawiać się powoli, ale sukcesywnie - muszą dojrzeć tak samo, jak dojrzewają dobre owoce :)